Fish & chips w barze Dorsche

Zwykle cieszę się jedzeniem. A. często nie może uwierzyć, jak można aż tak przeżywać jutrzejszy obiad, bądź weekendowe śniadania. Jak można godzinami gapić się w telewizor, bo akurat gotują kurczaka. Dziś jedzeniem się nie cieszyłem. Powiem więcej, zastanawiałem się, czy jakiekolwiek recenzje kulinarne mają jeszcze sens. Czy nie są przysłowiowym „pocałunkiem śmierci” dla tych wszystkich pozytywnie ocenionych.

Jest w Krakowie pewien szacowny recenzent kulinarny. Pisuje do znanej, choć mniej szacownej gazety. Jest ona bardzo popularna, więc co weekend dostarcza się nam, czytelnikom, ciekawych adresów i jeszcze ciekawszych opinii. Nie ukrywam, że czytuję i lokale sprawdzam. Niestety często jest tak, że po pozytywnej recenzji tego najbardziej szanowanego, restauratorzy osiadają na laurach i – jak w słynnej komedii „Skrzydełko czy nóżka” – gdzieś mają kolejnych klientów (bodaj Pod Złotą Muszelką się ta paryska restauracja nazywała). Tak było z recenzowanym niegdyś Yellow Dogiem, tak bywa w Aqua e Vino i Zakładce, tak wreszcie jest w barze Dorsche.

Wśród komentatorów piłkarskich popularne jest stwierdzenie „brawa za decyzję”. Komentarz ów pada wtedy,